Jakoś nigdy nie przepadałem za alkoholami wysokoprocentowymi, oczywiście do czasu. Piłem piwo. Jak to mówią, jedno piwko nikomu nie zaszkodziło,a nawet pomogło, na chore nerki czy kłopoty z pęcherzem. Raczyłem się więc chmielowym nektarem. Piłem ciągle. Rano, w południe, na podwieczorek, do kolacji, po kolacji - o ile w ogóle coś jadłem. Często, to piwo było jedynym posiłkiem. Znajomi śmiali się, że zawsze w wewnętrznej kieszeni kurtki mam puszkę. To był pewnik, że kiedy się spotkamy, w wypchanej kurtce po wewnętrznej stronie, siedzi zamknięta lub otwarta puszka. Sączyłem, piłem, zalewałem się piwskiem każdego dnia. Potrafiłem, w późniejszym czasie pijąc tylko te "ciężkie" mocnowoltażowe, doprowadzić się do stanu całkowitej utraty świadomości, bez najmniejszego problemu.

Piwo to jak najbardziej alkohol. Zgubny, jak każdy inny. Może nawet bardziej, bo dzięki swojemu pięknemu, złotemu kolorowi, piance i niewielkim, w porównaniu do innych trunków "woltażu", usypia naszą czujność i niejako usprawiedliwia w naszym mniemaniu. Pozwala nam tkwić w przekonaniu, że nie jest z nami jeszcze tak źle, że to jeszcze nie czas, że przecież my pijemy tylko piwko. Nic bardziej mylnego. Po kilkudniowym piwkowaniu potrafiłem wydmuchać powyżej trzech promili, a to już prosta droga do jakiegoś nieszczęścia.

uzależnienie